Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2010

Od 2 tygodni choruję i chyba dopiero teraz doceniam tamte noce i dnie spędzone na modlitwie pod krzyżem. Po pierwsze widzę, że samemu naprawdę ciężko zmobilizować się do „porządnej” modlitwy, choćby do tego, by skutecznie odgonić rozproszenia, skupić myśli, które uciekają w różne strony… Mimo uciążliwości jaką niesie choroba, siedzenie w ciepłym mieszkaniu (nawet przebywanie w łóżku), w atmosferze względnego bezpieczeństwa i wygodzie, bardzo osłabia wolę. Tego doświadczam i czekam już z utęsknieniem kiedy będę mogła na nowo stanąć w szeregach dzielnych „obrońców” z różańcem w ręku. Słuchając audycji w RM, w której kilka osób wspominało swoje „początki” oraz motywy przychodzenia pod krzyż, zaczęłam zastanawiać się jak to było w moim przypadku. Pamiętam – zwłaszcza na początku swój lęk. Bałam się i było mi bardzo wstyd z tego powodu. Bałam się widząc że ani ja ani żadna z tych osób, które tu stoją nie mają żadnej ochrony ani ze strony policji, ani służb miejskich, ani w razie czego – ze strony prokuratury… Kiedy wspomnę „typy’, które kręciły się między modlącymi, do dziś czuję ciarki po plecach: wygląd zewnętrzny, postawy oraz zachowanie tych ludzi przypominał mi ponure czasy bezprawia ZOMO w PRL-u. Nie raz, kiedy wracałam do domu po modlitwie – jeszcze na przełomie lipca i sierpnia, jakiś „cień” odprowadzał mnie prawie pod drzwi, idąc w „bezpiecznej odległości”, od czasu do czasu robiąc zdjęcia, kiedy zaś się odwracałam, udawał, że idzie w zupełnie inną stronę. Innym razem słyszałam pogróżki z ust samych mundurowych – tak, z ust umundurowanych żołnierzy pilnujących pałacu, którzy syczeli na mnie, gdy układałam przyniesione przez ludzi kwiaty… Bałam się także band satanistów. Nie mówię tu o młodzieży, która kręciła się przy nas sama nie wiedząc po co, a próbując nas przestraszyć swoim strojem, makijażem lub przekleństwami. myślę – i pamiętam zorganizowane grupy ludzi w różnym wieku, wcale nie najmłodszych, świadomie zorganizowanych w grupy wyznawców szatana. Karki, ramiona mieli wytatuowane pentagramami i swastykami, nosili koszulki z wizerunkami płonących trupich czaszek, nosy, uszy i wargi mieli zaś podziurawione i przetkane emblematami szatana. Grupy te przynosiły czarno-biały sztandar – parodiujący sztandary niesione w procesji kościelnej, na którym przedstawiony był szatan depcący głowę Archanioła Michała. I te ich okrzyki – równe, tubalne, straszne, profanujące wszystkie świętości wiary katolickiej – od okrzyków: „Kaczyński na krzyż”, przez „Precz z krzyżem”, po „krzyż do d…, spieprzaj z krzyżem” i inne tak niewybredne i bluźniercze, że włosy jeżyły się na głowie, czego ci ludzie się nie boją… W czasie wakacyjnych upałów, pod krzyżem gromadziły się tłumy tych ludzi tak, by było ich co najmniej 2 razy więcej, niż nas. Fakt, że oprócz alkoholu, musieli oni brać jeszcze coś, był niezaprzeczalny, nikt bowiem nie byłby w stanie wytrzymać non-stop całą noc utrzymując taką jasność umysłu, podniesiony nastrój i inteligenty dobór argumentów. A tym właśnie charakteryzowali się nasi przeciwnicy, którym na prawdę trudno było dotrzymać kroku w rozmowie. Prócz tego charakteryzowali się nieustępliwą napastliwością i zupełnym brakiem kultury. Bez żenady, przepychając się niegrzecznie, rozrywali krąg modlitewny, wyzywając pierwszą napotkaną osobę na burzliwą dyskusję, w której ze wszystkich sił starali się jej udowodnić jej niższość i zupełną głupotę.

Ale nie samo to było źródłem mojego lęku. bałam się konsekwencji – subtelnych, cichych, które zastaną mnie nieprzygotowaną i najbardziej newralgicznym momencie uderzą z taką siła, że mnie powalą zupełnie. Praca, rodzina, przyjaciele… Cóż, jeśli tak postąpili z prezydentem to czego mogę spodziewać się ja – zwykły zjadacz chleba, za którym nikt się nie wstawi…? A przecież żyć trzeba.

Wiele czasu zajęło mi zmaganie się z tym lękiem. Przyznam, że kiedy kładłam pod krzyżem wykaligrafowane słowa ks. Popiełuszki: „Zasadniczą sprawą przy wyzwoleniu człowieka i narodu jest przezwyciężenie lęku. Lęk rodzi się z zagrożenia. Lękamy się, że grozi nam cierpienie, utrata jakiegoś dobra, utrata wolności, zdrowia czy stanowiska. I wtedy działamy wbrew sumieniu, które jest miernikiem prawdy. Jeżeli prawda będzie dla nas wartością, dla której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężymy lęk, który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia” – to łzy ciekły mi po policzkach, widząc, jak bardzo w pierwszym rzędzie do mnie samej… Pamiętam, jak rozmawiałam z przyjaciółmi i pytałam ich, czy to jest uczciwe, że ja się boję, że nie idę „na całego,” ale ostrożnie, unikając konfrontacji, ujawniania się, narażania siebie… Czy jest to uczciwe wobec Polski, wobec tego, co się stało 10 kwietnia, o co trzeba się teraz upomnieć i walczyć. No i co będzie potem, kiedy sytuacja się zaostrzy, a mi wówczas zabraknie sił, odwagi i konsekwencji? Gryzłam się tym dylematem i czułam się wewnętrznie bardzo mizernie. Ale postanowiłam sobie, że choć jestem wewnętrznym tchórzem (nogi nieraz pod krzyżem dosłownie dygotały mi ze strachu), to jedno mogę zrobić – uparcie tu wracać. Jeśli nie stać mnie na to, by bić się z otwartą przyłbicą, to przynajmniej będę walczyć robiąc co do mnie należy z konsekwencją i uporem.

Tego wszystkiego jednak (a dokładnie tego minimum) nie dokonałabym bez łaski, jakie niosła ze sobą wspólna modlitwa pod krzyżem. I pod tym względem moje ostatnie lata życia mogę podzielić na okres przed katastrofy i po katastrofie. W miarę upływu czasu, od kiedy dane mi jest modlić się pod krzyżem, widzę, że ta modlitwa pojawiła się – jak by to powiedzieć – w ostatniej chwili dla mojego osobistego nawrócenia. Właściwie zdałam sobie z tego sprawę klęcząc pewnej nocy wraz z dwiema kobietami przy płonących zniczach ustawionych przed krzyżem. Było to chyba w lipcu. Przeciw nam było co najmniej 100 przeciwników zorganizowanych w satanistyczne hordy. Byli tak rozgorzali, źli i agresywni, że w każdej chwili gotowi skoczyć nam do oczu i dosłownie rozszarpać na kawałki. Jednocześnie, nasza jedyna broń – modlitwa, najbardziej ich drażniła i złościła. Od czasu do czasu spoglądałam na twarz mojej towarzyszki i widząc łzy w jej oczach, szeptałam do niej gorączkowo: „niech pani nie płacze – módlmy się!”. I modliłyśmy się do rana, ani razu nie wstając z kolan. Tej nocy doświadczyłam dwóch rzeczy; pierwsze było moje odkrycie, że ja, wychowana w Kościele, należąca do pokolenia JP2, nie pamiętam tajemnic światła różańca świętego! A więc jest to alarm do mojego nawrócenia, ostatni moment by zacząć naprawdę się modlić, by obudzić się – jak to pięknie ktoś napisać na transparencie „Obudź się, Polsko!”. Drugie doświadczenie wynikło z sytuacji, w jakiej znalazłam się wraz z moimi dwiema towarzyszkami. Im trudniejsza wydawała się sytuacja, im groźniejsze stawały się ataki prowokatorów, tym bardziej widziałyśmy, że jedynym ratunkiem jest modlitwa, Bóg! I to doświadczenie stało się dla mnie osobiście szansą wewnętrznej osnowy, ponownego odkrycia, nie tylko konieczności zwrócenia się do Boga, ale także doświadczenia, że na Niego można niezawodnie liczyć. Potrzebne było mi to doświadczenie, właściwie od tego momentu zaczęłam doświadczać skuteczności wołania do Boga i cudów, które On w swej dobroci szczodrze mnie zasypywał. Patrząc na roziskrzone oczy, zaciśnięte pięści i pałające agresją twarze, widziałam ze zdumieniem, że dopóki nie przestaję odmawiać różańca, nie czuję lęku. Mimo, iż ludzie ci byli może metr, półtora metra ode mnie, modlitwa tworzyła jakby niewidzialny mur, za którym czułam się bezpiecznie, ba, nawet mogłam się uśmiechnąć, jak dziecko na rękach ojca, które przygląda się lwom igrającym za kratkami.

Każdy trud związany z przyjściem pod duchowy krzyż, zniesieniem zimna przez te 30 minut, wytrzymaniem prowokacji krzykaczy jest dla mnie potrzebnym warunkiem do tego, by moja modlitwa była autentyczna, płynęła z potrzeby serca, by to serce odczuło potrzebę także dotkliwie na sobie.

Na koniec jeszcze jedna refleksja – jeszcze parę dni temu rozmawiałam z moja serdeczną przyjaciółką o smutnych wydarzeniach jakie ostatnio dotykają, wręcz targają Polską. Dramatyczne informacje o śp. Prezydencie, który – jak donosi Gazeta Polska, leżał kilkanaście godzin po katastrofie odarty z ubrania na błocie, zamach i zabójstwo członka PIS-u w Łodzi, wyprzedaż dóbr kraju… – wszystkie te wydarzenia są tak trudne i bolesne, że człowiek nie jest w stanie tego ciężaru unieść. Rozważając to wszystko doszłyśmy do wniosku, że tylko wiara może być dostatecznym gruntem dla przyjęcia prawdy, również tej najgorszej prawdy o tym, co dzieje się w Polsce i z Polską. Istotnie, gdyby nie wspólny różaniec, podczas którego można oddać Bogu cały ten ciężar, a jednocześnie, który jest jedyną formą naszego sprzeciwu, walki, niezgody na tę rzeczywistość – jestem w stanie utrzymać równowagę ducha. Czemu wspominam przy tej refleksji przyjaciółkę…? Bo w czwartek odeszła do Domu Ojca, uznałam więc, że warto upamiętnić jej ostatnie słowa, tak aktualne, wypowiedziane jeszcze tu, na Ziemi…

Read Full Post »

„Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu!”. Tak brzmią kolejne słowa św. Piotra w „Pierwszym liście św. Piotra Apostoła”.
Wszystkie te słowa świetne oddają sytuację, która wytworzyła się w ostatnich dniach.
Najpierw próbowano zmęczyć Obrońców Krzyża, potem ich zastraszyć. Teraz próbuje się ich podzielić.
Sytuacja jest delikatna i trzeba postępować delikatnie.
W jednym z komentarzy ktoś przywołał, przypomniał słowa ks. Jacka, by nie odnosić się teraz do postaw kapłanów i biskupów.
Takie odniesienia nadal się pojawiają. Niedobrze.
Powiem tak. Musimy teraz być ostrożni, musimy się wyciszyć, musimy się gorliwiej modlić, musimy pamiętać o podstawowym celu strony „W obronie Krzyża”. Ona ma, jak pisałem to wielokrotnie, służyć Obrońcom Krzyża, służyć w prawdzie, dobru i Chrystusie, a nie inaczej, wzmacniać ich w tym co dobre i Boże, informować o tym co dzieje się „pod Krzyżem”, ale oczywiście nie w taki sposób jak robiła to i robiłaby to „Gazeta Wyborcza: czy TVN.
Ta informacja równie ma służyć temu, by modlitwa „pod Krzyżem” wzrastała i pogłębiała się, by brało w niej udział jak najwięcej osób, by wszędzie w Polsce w służbie Bogu, Kościołowi i Polsce ludzie modlący się pojawiali się w miejscach publicznych i poprzez modlitwę wzmacniali polski Kościół, zmieniali Polskę, ratowali Polskę, umacniali Polskę, Polskę, która jest Królestwem Maki Bożej, Polskę, która w świetle Ślubów Jasnogórskich składanych tak niedawno przez cały naród polski miała być przekształcana w królestwo Chrystusowe na ziemi.
Powinniśmy dziś w tak trudnej, również dla Polski, sytuacji pytać się siebie co chwila co mamy robić i mówić, by to podobało się Bogu.
Ze swojej strony będę zatem też tonował i wyciszał stronę, a to oznacza również tonowanie i wyciszanie głosów w komentarzach.
Coś wielkiego, wspaniałego, pięknego, Bożego zaczęło się i trwało pod Krzyżem.
Róbmy wszystko, by trwało nadal i by takiej modlitwy było w Polsce jak najwięcej.
Polska dziś potrzebuje jej jak powietrza.

Read Full Post »

Te słowa powracają, gdy muszę gdzieś wyjechać i nie ma mnie stale przy komputerze. Dwa dni byłem daleko od komputera. Byłem w biegu, byłem w Krakowie i Toruniu. Przez najbliższe kilka dni, choć będę już w domu, moja aktywność związana ze stroną będzie, co chyba zrozumiałe, również mniejsza.

Read Full Post »

Read Full Post »

Na wieczornych modlitwach było dużo ludzi, być może około 100 osób. Modlitwy przebiegały w skupieniu. Brakowało ołtarzyka, który co wieczór jest ustawiany, ale był obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego. Ułożono też mały krzyż ze zniczy.
Był z nami ks. Jacek Bałemba SDB. Odmówiliśmy różaniec święty i inne modlitwy. Ks. Jacek wezwał wszystkich do wytrwania w modlitwie i do szczególnej odpowiedzialności za mówione słowa, zwłaszcza w odniesieniu do pasterzy Kościoła.

Read Full Post »

Relacja jacka z Ochoty z godz. 17:30 (28.X)

W katedrze praskiej było bardzo wielu ludzi, być może około 1000 osób. Biskup Hozer podziękował wszystkim, którzy okazali wierność Kościołowi.
W tym samym czasie przed siedziba biskupa Palikot szydził z Krzyża i z Polski, przybijając konstytucję do przyniesionego przez siebie Krzyża.
Wierni modlili się długo i obiecali modlitwę.

Read Full Post »

Polacy!

2 listopada w Zaduszki, po mszy o 19.00 w Katedrze Św. Jana w Warszawie. Grupa wiernych uda się pod Pałac Namiestnikowski przy Krakowskim Przedmieściu i znajdujący się tam Krzyż, aby odczytać:
„Wypominki smoleńskie”
(wyczytane zostaną nazwiska 96 ofiar tragedii smoleńskiej)
ZACHĘCAMY DO PODOBNYCH INICJATYW W CAŁYM KRAJU
Następnie – jak co wieczór – odśpiewamy
Apel Jasnogórski, zmówimy różaniec.
Ks. Jacek Bałemba SDB wygłosi swoją “katechezę wieczorną” w ramach “Uniwersytetu pod Krzyżem”.
Proszę zabrać ze sobą akcenty patriotyczne (np. flagi i znicze)
Niech żyje wolna Polska!
BĄDŹMY SOLIDARNI!

(Powiadomić ludzi)
KILKA SŁÓW O TEJ STAROPOLSKIEJ TRADYCJI…

W Zaduszki Polacy uczestniczą w Mszach Świętych za zmarłych, przede wszystkim za dusze znajdujące się w czyśćcu oraz odwiedzają cmentarze zapalając znicze oraz kładąc kwiaty na grobach bliskich zmarłych.

W kościołach, podobnie jak 1 listopada składa się „WYPOMINKI” z prośbą o modlitwę za bliskich. Jest to dzień ZADUMY i REFLEKSJI, PAMIĘCI O ZMARŁYCH oraz wytężonej MODLITWY za ich zbawienie. Wypominki to jedna z najbardziej popularnych form modlitwy błagalnej za zmarłych, której tradycja sięga X wieku. W Polsce obyczaj ten nabrał szczególnego PATRIOTYCZNEGO ZNACZENIA w okresie po wielkich powstaniach narodowych i w Polsce międzywojennej. Wierni na kartkach wypisują swoich zmarłych i przynoszą je do swoich duchownych wraz dobrowolna ofiarą. Dzisiejsze wypominki są WYRAZEM MIŁOŚCI I JEDNOŚCI CAŁEGO KOŚCIOŁA pielgrzymującego na ziemi i tego, który przeszedł już granicę śmierci. Pisząc imiona zmarłych na kartkach wypominkowych, a następnie je odczytując wyrażamy wiarę, że ich imiona są zapisane w Bożej księdze życia. Znaczenie wypominek jest tym większe, że podobnie jak w starożytności, tak i dzisiaj, związane są one z Eucharystią. W intencji zmarłych wypisanych na kartkach wypominkowych odprawiana jest Msza Święta.

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »